Rejestracja | Logowanie »


Zamiast słów: pranie i koncentrina

269 komentarzy | 05 lutego 2010
Baza Giro, wrzesień 2009 roku/fot. Marcin Ogdowski

Baza Giro, wrzesień 2009 roku/fot. Marcin Ogdowski

Rozciągnięte między budynkami gospodarczymi sznurki nazywało się u nas linkami. A wyjście z domu z miską pełną świeżo upranych rzeczy – pójściem na linkę. Linki zajmowały cały tył podwórka kamienicy, w której mieszkałem – w myśl zasady: „jeden sznurek – jedna rodzina”.

W tygodniu linki, o naprężenie których dbali nasi ojcowie, wisiały niczym kable wysokiego napięcia – z reguły były puste. Jednak gdy przychodziła sobota, zapełniały się jedna przy drugiej, a zapach świeżego prania unosił się nad całym podwórkiem.

Gdy zrobiłem to zdjęcie, też była sobota. Sznur z praniem i kolorowe spinki (u mnie mówiło się na nie klamerki), na chwilę nadały temu, co widziałem, sielski charakter. I przywołały wspomnienia z dzieciństwa.

Ale obiektyw uchwycił również rozciągniętą na murze koncentrinę i groźny pysk rosomaka. Złudzenie sielskości pękło niczym bańka.

Ale mimo wszystko ten widok miał w sobie optymistyczną wymowę. Dowodził, że nawet w najbardziej niezwykłych sytuacjach staramy się zachowywać normalnie. Bo co z tego, że wojna – pranie zrobić trzeba…

Zamiast słów: wrak pod plandeką

77 komentarzy | 02 lutego 2010

Inspiracją dla Marine Corps War Memorial było zdjęcie wykonane przez Joe Rosenthala, fotoreportera, który towarzyszył amerykańskim marines podczas walk o wyspę Iwo Jima. Zrobiona 23 lutego 1945 roku fotografia przedstawia żołnierzy stawiających sztandar na górze Suribachi. Zdjęcie trafiło do wszystkich amerykańskich gazet, niemal z miejsca zyskując status symbolu. To do niego odwoływał się rząd USA, nakłaniając obywateli do wykupywania obligacji wojennych.

O okolicznościach powstania tego zdjęcia opowiada znakomity film „Sztandar chwały”. Mniejsza o fabułę i historyczne fakty – kto ich nie zna, temu polecam produkcję Clinta Eastwooda.

Odwołuję się do tego filmu, bo jego akcja rozpoczyna się w czasach nam współczesnych – od monologu weterana II wojny światowej. „Pojedyncze zdjęcie może zmienić bieg wojny” – mówi staruszek, przywołując przykład wstrząsającego kadru, po ujawnieniu którego Ameryka odwróciła się od swojego rządu, toczącego wojnę w Wietnamie. Chodzi o zdjęcie Eddiego Adamsa, który uchwycił moment egzekucji oficera Vietcongu, Nguyena Van Lema, zabitego strzałem w głowę przez generała południowowietnamskiej policji, Nguyena Ngoc Loana.

I Rosenthal i Adams dostali za swoje fotografie Nagrody Pulitzera.

Wojna w Afganistanie też ma swoje zdjęcia-symbole, ale oba pochodzą z czasów radzieckiej interwencji. Pierwsze, to fotografia afgańskiej dziewczynki, której autorem jest Steve McCurry. Drugie, wykonane przez Radka Sikorskiego, przedstawia martwą afgańską rodzinę, która zginęła w rosyjskim nalocie. Fotografia autorstwa dzisiejszego szefa MSZ również zyskała najwyższe laury, w 1987 roku zdobywając pierwszą nagrodę w World Press Photo, w kategorii zdjęcia reporterskie.

Ostatni, rozpoczęty w 2001 roku rozdział afgańskiego konfliktu, nie doczekał się jeszcze swoich zdjęć-symboli. Bo choć fotografii powstało wiele – a niektóre były nawet nagradzane – to żadna nie miało dość potencjału, by stać się ikoną.

Od razu uprzedzam obawy zaznajomionych z moim brakiem talentu w dziedzinie fotografii – nie mam ambicji, by takie zdjęcie zrobić. Jeżdżę tam i opisuje tę wojnę słowami; i nic w tym zakresie nie ulegnie zmianie. Ale ponieważ najczęściej pracuję sam, chcę czy nie, często chwytam za aparat.

Choć talentu nie zbywa, mam dość wyobraźni, by przyznać, że obraz potrafi zastąpić tysiące słów – nawet jeśli technicznie czy kompozycyjnie jest słaby. I właśnie kilka takich fotografii chciałbym wam przedstawić, dodając jedynie kilka słów wyjaśnień.

Na początek zdjęcie przedstawiające hummera, który we wrześniu zeszłego roku wyleciał na ajdiku. Zginął wówczas afgański policjant, a kilku innych zostało rannych. Gdy bazę w Giro wizytowała rządowa delegacja z Polski, wrak stał szczelnie przykryty pod plandeką. Gdy goście wyjechali, nikomu już nie chciało się walczyć z wiatrem, który odrzucił nakrycie, odsłaniając żałosne szczątki potężnego, zdawałoby się, auta…

Wiatr odrzucił nakrycie, odsłaniając żałosne szczątki potężnego zdawałoby się auta…/fot. Marcin Ogdowski

Wiatr odrzucił nakrycie, odsłaniając żałosne szczątki potężnego, zdawałoby się, auta…/fot. Marcin Ogdowski

Czas leci już z górki…

97 komentarzy | 21 stycznia 2010

Wiem, że połowa kwietnia to data umowna. Że znajdą się tacy, dla których misja potrwa nie sześć, a nawet osiem miesięcy. Ale większość VI zmiany może już powiedzieć, że dotarła do półmetka.

Dla wszystkich, którzy źle znoszą rozłąkę z najbliższymi, to dobra wiadomość. Ale nie zapominajmy, że tak naprawdę dopiero teraz zaczyna się dla misjonarzy okres najtrudniejszy. Bo choć czas leci już z górki, perspektywa powrotu jest jeszcze dość odległa.

Niełatwo sobie z tą świadomością poradzić, zwłaszcza będąc na wojnie. Stąd moja prośba do matek, żon, narzeczonych (i wszystkich innych, którzy mają tam bliskich) – dziewczyny (i nie tylko), dajcie znać, że jesteście, myślicie i trzymacie kciuki. Blog i forum są do waszej dyspozycji.

Bez względu na to, ile czasu jeszcze zostało do końca misji, jedno jest pewne - lekko nie będzie.../fot. Robert Suchy Combat-Camera

Bez względu na to, ile dni zostało do końca misji, jedno jest pewne - lekko nie będzie.../fot. Robert Suchy, Combat-Camera

Inna cena życia

17 komentarzy | 18 stycznia 2010
Większość poległych w zeszłym roku żołnierzy zginęła nim zdołała sięgnąć po broń.../fot. Marcin Ogdowski

Większość poległych w zeszłym roku żołnierzy zginęła, nim zdołała sięgnąć po broń.../fot. Marcin Ogdowski

Przeglądając zdjęcia z Afganistanu, natknąłem się na fotografię kilkuletniej dziewczynki, która zmarła po tym, jak jej układ trawienny odmówił posłuszeństwa. Ojciec Afganki tłumaczył później, że nie miał pieniędzy na to, by zabrać córkę z zabitej dechami wioski do szpitala w mieście.

Przecierałem oczy ze zdumienia, bo wydawało mi się, że zdesperowany rodzic w takiej sytuacji poruszyłby niebo i ziemię. Ten może by i poruszył, gdyby miał te cholerne kilkanaście dolarów…

Zupełnie innymi problemami żyli ludzie, których kilka dni później obserwowałem, siedząc w kawiarni Safi Landmark Hotel w Kabulu. Politycy, urzędnicy, biznesmeni i wszelkiej maści lokalni bogacze z różnych stron Afganistanu – wszyscy oni, lekką ręką, wydawali po kilkanaście czy kilkadziesiąt dolarów za kawę, której często nawet nie dopijali.

Przypomniałem sobie tragiczny dylemat wieśniaka, czując się jeszcze bardziej nieswojo, gdy i mnie przyszło regulować rachunek. Podoba nam się to czy nie, życie w Afganistanie ma inną cenę niż w Polsce…

A śmierć – jakkolwiek zabrzmi to pretensjonalnie – jest tam wyjątkowo wredna. Czy wiecie, że większość żołnierzy ISAF (ponad 60 proc.), która poległa w zeszłym roku w Afganistanie, padła ofiarą min i ajdików? Posłani na wojnę, zginęli, zanim zdołali sięgnąć po broń.

Wnętrze kabulskiego hotelu sprawiało wrażenie zupełnie innego świata. Tu historia z umierającym dzieckiem nie mogłaby się wydarzyć/fot. Damian Kramski (z archiwum autora bloga).

Wnętrze kabulskiego hotelu sprawiało wrażenie zupełnie innego świata. Tu historia z umierającym dzieckiem nie mogłaby się wydarzyć/fot. Damian Kramski (z archiwum autora bloga).

„Zwyczajna” śmierć, „zwykły” wypadek

99 komentarzy | 09 stycznia 2010

Kilka dni temu pod bramą bazy w Ghazni pojawiło się kilku Afgańczyków. Na taczce, którą przypchali, leżał mężczyzna – jak się okazało, rowerzysta, potrącony przez samochód, którego kierowca – zdaniem świadków – uciekł z miejsca wypadku.

Mężczyzna, poważnie wykrwawiony, z urazem głowy i kręgosłupa, miał jednak sporo szczęścia.  Prosto z bramy, karetką, trafił do punktu medycznego, gdzie zajęli się nim polscy i amerykańscy medycy. Przeżył, a po obserwacji został przewieziony do lokalnego szpitala.

Szczęście za to nie dopisało pewnemu irackiemu chłopakowi, którego ciało zobaczyłem gdzieś między Diwaniją a Hamzą, jesienią 2005 roku. Auto, którym jechał, na łuku wypadło z drogi wprost do niewielkiego zbiornika wodnego. Gdy się tam pojawiłem, tkwiło wbite w dno, na dwie trzecie długości zanurzone w wodzie. Wokół zebrał się tłum gapiów, kilku mężczyzn nurkowało przy wraku, a trzech wspinało się po skarpie, niosąc zabitego kierowcę (pasażera?). Myślę, że nie miał więcej niż 20 lat…

Ktoś, kto nigdy nie był w takim miejscu, pewnie puknie się w czoło, ale pal licho – mnie wydawało się wówczas szczytem absurdu to, że w kraju ogarniętym wojną można zginąć w ZWYCZAJNYM (takie słowo pętało mi się wtedy po głowie), wypadku samochodowym!

A jednak można. Można też paść ofiarą drogowego pirata – czego najlepszym dowodem historia z Ghazni.

Mimo tego, że w wojnie staram się dostrzegać jej codzienność – pełną przecież zwyczajnych sytuacji – nadal tli się we mnie odrobina niedowierzania.

Na "wojennym myśleniu" łapałem się wielokrotnie. Ten widok, w pierwszym odruchu, wywołał skojarzenia z ofiarami zamachu. Tymczasem ci mężczyźni po prostu odpoczywają. W cieniu drzew, wzdłuż jednej z kabulskich ulic.../fot. Marcin Ogdowski

Na "wojennym myśleniu" łapałem się wielokrotnie. Ten widok, w pierwszym odruchu, wywołał skojarzenia z ofiarami zamachu. Tymczasem ci mężczyźni po prostu odpoczywają. W cieniu drzew, wzdłuż jednej z kabulskich ulic.../fot. Marcin Ogdowski