Kobiety w mundurach rulez!

sierż. Agnieszka Nowak, fotoreporterka grupy PSYOPS
… i te niemundurowe również.
Z okazji Waszego święta – najserdeczniejsze życzenia!
A skoro jest okazja – na moich zdjęciach rzadko kiedy goszczą kobiety. Cóż, wojna to nadal głównie męskie zajęcie.
Ale to nie znaczy, że kobiet w Afganistanie nie ma. Jak pisze Adam Roik, autor tych zdjęć, “od dłuższego czasu pełnią trudną służbę w prowincji Ghazni. Są specjalistami w różnych dziedzinach – żołnierzami lub pracownikami wojska. Kobiety Polskich Sił Zadaniowych w Republice Afganistanu okiem Combat Camery”.
Zapraszam do obejrzenia galerii.

Anna Narodzonek, ratownik medyczny GZM

Anna Pawlak, specjalista PIO

chor. Barbara Skomarowska, technik grupy inżynieryjnej

Magdalena Brzozowska, specjalista PRT

sierż. Jolanta Kowal, dowódca sekcji rozminowania
Zamiast słów: Made in China
W centrum Ghazni, naprzeciwko pałacu gubernatora, znajduje się coś, co od biedy można by nazwać pasażem handlowym. W „butikach” dominuje tania elektronika, sprzęt gospodarstwa domowego, dywany, ciuchy oraz mnóstwo nieprzydatnych bibelotów, do których Afgańczycy, najwyraźniej, żywią wielką słabość.
Chodząc pośród tych wystawek miałem nieodparte poczucie deja vu. I nic w tym dziwnego, bo stoiska z podobnym asortymentem widywałem wielokrotnie w Iraku.
I tam, i tu dominowała tandeta rodem z Chin.
Pamiętam, że robiąc zdjęcia afgańskim handlarzom, nie mogłem oprzeć się myśli, jak bardzo bezsensowna jest cała ta wojna. Bo oto narażamy życie naszych żołnierzy, by przez otwarte afgańskie granice mogła płynąć rzeka towarów z napisem „Made in China”…
Wiem, to głupie uproszczenie. Ale coś na rzeczy jest.

Wybaczcie słabą jakość zdjęcia - zrobiłem je telefonem/fot. Marcin Ogdowski
Dzień, którego nie ma
Dziś otrzymałem kolejny wykład z cyklu „Czas to pojęcie względne”. A wszystko przy okazji ponownej wizyty w ambasadzie Afganistanu.
Okazało się, że czekająca na mnie od kilku dni wiza została wystawiona z błędną datą. Składałem wniosek o wizę 3-miesięczną, dostałem ważną przez miesiąc, w dodatku w terminie średnio pasującym do moich planów wyjazdowych. Grzecznie poprosiłem o korektę, na co sympatyczny gość z wydziału konsularnego odrzekł, bym przyszedł za pół godziny.
Wróciłem, pewien, że dostanę nową wizę, tymczasem cała fatyga konsula sprowadziła się do odręcznego poprawienia cyferki, odpowiadającej miesiącowi. Całość operacji uwieńczyła pieczątka, postawiona tuż przy korekcie. Nie wygląda to może profesjonalnie, ale – zapewniono mnie – jest zgodne z prawem.
W sumie zatem nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że teraz mam wizę ważną do 31 czerwca br. A takiego dnia w naszym kalendarzu nie ma…
Cóż, najwyraźniej Afgańczycy mają na ten temat inne zdanie.
Skoro jednak o czasie mowa – zdjęcie powyżej zrobiłem we wrześniu zeszłego roku w okolicach Giro. Widać na nim hummera afgańskiej policji, jadącego na jeden z posterunków na wzgórzach otaczających bazę. Ogromna, pusta przestrzeń i maleńki samochodzik, wspinający się po wąskiej serpentynie.
Gdy teraz oglądam to zdjęcie, zyskuje w moich oczach wymiar wręcz symboliczny. Bo, moim zdaniem, jest w tym kadrze esencja Afganistanu. Oto kraj, w którym czas stanął w miejscu. Kraj, przy którego surowości nawet potężne wojskowe maszyny zdają się być ledwie dziecinnymi zabawkami…

Ogromna, pusta przestrzeń i maleńki samochodzik, wspinający się po wąskiej serpentynie/fot. Marcin Ogdowski
Wojna i zarazki
Byłem dziś w ambasadzie Afganistanu, złożyć wniosek o wydanie wizy. Zwykle przyjmował mnie sympatyczny, młody Afgańczyk. Dziś, ku mojemu zaskoczeniu, dokumenty przyjęła polska pracownica przedstawicielstwa. Pewnie dlatego, że zjawiłem się w trakcie przerwy w pracy wydziału konsularnego. Afgańczycy zwykli mawiać: „wy macie zegarki, my mamy czas”. Widać to hasło oddaje rzeczywistość tylko w ich własnym kraju…
Boże broń! – nie chcę być złośliwy. A jeśli zakłócając przerwę popełniłem faux pas, to przepraszam. I dziękuję niezawodnej PKP za punktualność, która zrujnowała moją marszrutę.
Ale wróćmy do ambasady – miła pani, odbierając mi na kilka dni paszport, zaskoczyła mnie nie tylko swoją obecnością. Oddając jej stosowne kwity dowiedziałem się, że muszę do nich dołączyć zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia.
- To od czasu świńskiej grypy – usłyszałem w odpowiedzi, gdy zwróciłem uwagę, że latem zeszłego roku nikt czegoś takiego ode mnie nie żądał.
Mus to mus, ale trudno mi było ukryć zdziwienie, że ktokolwiek w Afganistanie – kraju rozrywanym brutalną wojną – przejmuje się świńską grypą.
I dopiero po chwili przyszła refleksja, że przecież taka zapobiegliwość, nawet jeśli przesadzona, świadczy o tym, że temu komuś zależy na zachowaniu choćby resztek normalności.
Przy tej okazji przypomniałem sobie historię sprzed kilku lat, gdy znalazłem się w jednej z irackich wiosek razem z polsko-bułgarskim konwojem medycznym. Przegląd chorobowych nieszczęść, jakie dotknęły mieszkańców Al-Akry, normalnego człowieka przyprawiał o ból głowy. Latami nieleczone zatrucia, źle pozrastane kości, choroby skóry, zaawansowane nowotwory – oto efekty opieki medycznej rodem ze średniowiecza.
- Ale ci ludzie co najmniej od jednego nieszczęścia byli wolni – mówił mi w wolnej chwili jeden z bułgarskich lekarzy. – W Iraku w zasadzie nie było AIDS. Do czasu otwarcia granic po inwazji…

Przegląd chorobowych nieszczęść, jakie dotknęły mieszkańców Al-Akry, normalnego człowieka przyprawiał o ból głowy/fot. Marcin Ogdowski
Zamiast słów: minuty na łączu
W czerwcu 2004 roku przeprowadziłem swoją pierwszą rozmowę telefoniczną na linii Afganistan-Polska. A wyglądała ona tak:
- Panie Marcinie – głos pani Ani z księgowości brzmiał nieco oficjalnie (jak zawsze, gdy coś zawaliłem). – Nie rozliczył pan jeszcze delegacji do Bydgoszczy…
- Pani Aniu… – grzecznie wszedłem w słowo. – Rozliczę, rozliczę. Jak tylko wrócę z Afganistanu.
- Acha… – mimo zakłóceń i opóźnienia sygnału, dało się usłyszeć spore zaskoczenie. Trochę potrwało, zanim pani Ania ochłonęła i rzuciła do słuchawki: – No to pogadamy, jak pan wróci…
Ledwo zdołałem powiedzieć: „dobrze, do widzenia”, i było po rozmowie. Chowając telefon, rozejrzałem się i uśmiechnąłem pod nosem. Na pierwszym planie miałem saperów, ostrożnie przeczesujących najeżony minami teren, w tle widziałem bazę w Bagram, a nad tym wszystkim – potężne, zaśnieżone pasma Hindukuszu. Wszystko to bardzo odległe od Bydgoszczy, biletów PKP i innych, delegacyjnych kwitów…
Jeszcze w Afganistanie wiedziałem, że ta chwila rozmowy kosztowała nas niewiele mniej niż wartość biletów wykorzystanych w czasie owej nieszczęsnej delegacji. Ale co tam – pomyślałem sobie – będzie o czym opowiadać.
I owszem, ta historia ma dziś dla mnie wartość anegdotyczną.
Bardziej realne, psychiczne korzyści, miałem z rozmów z żoną. Zawsze jednak żałowałem, że jest ich tak mało i są tak krótkie. Szczerze przyznam – zazdrościłem żołnierzom tych 4 i 10 minut dziennie. Budżety moich wyjazdów nie przewidywały takiego udogodnienia. Biję się więc w pierś i po raz kolejny przepraszam najbliższych, że tak rzadko dzwoniłem.
A panią Anię – jeśli śledzi moją pisaninę – gorąco pozdrawiam!

"Ile jeszcze minut do końca?" - to zdjęcie zrobiłem 2,5 roku temu, w Szaranie. Ale później nie raz i nie dwa, w każdej z polskich baz, widziałem podobne obrazki.../fot. Marcin Ogdowski













