Rejestracja | Logowanie »


Zamiast słów: Z Alfą na ogródkach

12 komentarzy | 15 października 2013
– Panowie, lokalni zaczynają święta ofiarowania. Poza standardowymi, wzrasta zagrożenie, że jakiś niesiony religijną ekstazą samobójca zechce zrobić nam krzywdę. Ganerzy, i cała reszta po spieszeniu, oczy dookoła głowy… – mówił wczoraj, podczas odprawy przed patrolem, dowódca jednego z plutonów Zgrupowania Bojowego Alfa. Jechaliśmy na dalekie przedmieścia Ghazni, na tak zwane ogródki. Nim wysiadłem z wozu, naoglądałem się… butów ganera.

– Panowie, lokalni zaczynają święta ofiarowania. Poza standardowymi, wzrasta zagrożenie, że jakiś niesiony religijną ekstazą samobójca zechce zrobić nam krzywdę. Ganerzy, i cała reszta po spieszeniu, oczy dookoła głowy… – mówił wczoraj, podczas odprawy przed patrolem, dowódca jednego z plutonów Zgrupowania Bojowego Alfa. Jechaliśmy na dalekie przedmieścia Ghazni, na tak zwane ogródki. Nim wysiadłem z wozu, naoglądałem się… butów ganera.

Po przejechaniu względnie bezpiecznych terenów, zaczęła się „dłubanina”. Aby kolumna mogła jechać dalej, saperzy musieli sprawdzić pobocza.

Po przejechaniu względnie bezpiecznych terenów, zaczęła się „dłubanina”. Aby kolumna mogła jechać dalej, saperzy musieli sprawdzić pobocza.

… w tym przydrożne murki, w których również instaluje się miny-pułapki.

… w tym przydrożne murki, w których również instaluje się miny-pułapki.

Wąsy wyznaczały tempo poruszania się wozów, co szybko doprowadziło do zatorów na przedzie i na tyle kolumny. Co jakiś czas jedną z nitek drogi uwalniano dla cywilnego ruchu – wówczas Polaków mijała cała masa zmotoryzowanych na różne sposoby Afgańczyków.

Wąsy wyznaczały tempo poruszania się wozów, co szybko doprowadziło do zatorów na przedzie i na tyle kolumny. Co jakiś czas jedną z nitek drogi uwalniano dla cywilnego ruchu – wówczas Polaków mijała cała masa zmotoryzowanych na różne sposoby Afgańczyków.

Gnali jak oparzeni, sprawiając wrażenie, że chcą jak najszybciej oddalić się od Polaków.

Gnali jak oparzeni, sprawiając wrażenie, że chcą jak najszybciej oddalić się od Polaków.

Raz w jedną, raz w drugą stronę.

Raz w jedną, raz w drugą stronę.

Nazwa ogródki nie wzięła się znikąd – po obu stronach drogi oczy cieszyła zieleń. Soczysta, trochę surrealistyczna, gdy człowiekowi opatrzył się już ascetyczny, na poły pustynny krajobraz, dominujący w prowincji Ghazni. Ale w tym pięknie kryła się groza – wszędzie tam mógł czaić się rebeliancki snajper.

Nazwa ogródki nie wzięła się znikąd – po obu stronach drogi oczy cieszyła zieleń. Soczysta, trochę surrealistyczna, gdy człowiekowi opatrzył się już ascetyczny, na poły pustynny krajobraz, dominujący w prowincji Ghazni. Ale w tym pięknie kryła się groza – wszędzie tam mógł czaić się rebeliancki snajper.

I tym razem się upiekło. Choć w drodze powrotnej byliśmy świadkami wypadku na drodze. Jadący w przeciwnym kierunku motocykl najwyraźniej uderzył w jakąś nierówność na poboczu. Maszyna stanęła dęba, a kierowca przekoziołkował do przodu. Wydawało się, iż nie żyje. Kilkadziesiąt sekund później była już przy nim para polskich ratowników. Mężczyzna – jak się okazało policjant – miał tylko powierzchowne rany na twarzy i dłoniach. Pozwolił je sobie przemyć, zdezynfekować, po czym podniósł się, otrzepał i… pojechał dalej/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski.

I tym razem się upiekło. Choć w drodze powrotnej byliśmy świadkami wypadku komunikacyjnego. Jadący w przeciwnym kierunku motocykl najwyraźniej uderzył w jakąś nierówność na poboczu. Maszyna zaryła przednim kołem, wyrzucając kierowcę kilka metrów dalej. Afgańczyk leżał nieruchomo, przez moment wydawało się, iż nie żyje. Kilkadziesiąt sekund po twardym lądowaniu była już przy nim para polskich ratowników. Mężczyzna – jak się okazało policjant – miał tylko powierzchowne rany na twarzy i dłoniach. Pozwolił je sobie przemyć, zdezynfekować, po czym podniósł się, otrzepał i… pojechał dalej/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski.

Zielony atak

23 komentarze | 14 października 2013
Szkolenie strzeleckie afgańskich specjalsów. „Anioł stróż” w prawym górnym rogu/fot. Marcin Ogdowski

Szkolenie strzeleckie afgańskich specjalsów. „Anioł stróż” w prawym górnym rogu/fot. Marcin Ogdowski

Gdy kilkanaście dni temu przyglądałem się zajęciom strzeleckim, przygotowanym dla oddziału specjalnego afgańskiej policji, nie dziwiła mnie ostrożność polskich instruktorów. To, że magazynki wydawano Afgańczykom na ostatnią chwilę, no i przede wszystkim widok „aniołów-stróżów”, czyli kolegów szkoleniowców, stojących z boku z bronią gotową do strzału.

Na zwykłych patrolach od lat obserwuję tę samą zapobiegliwość – członkowie ANA czy ANP mogą być – i zwykle są – pomocni. Ale mogą też zrobić krzywdę. Dlatego trzeba mieć na nich oko.

Wspominam o tym, bo wczoraj popołudniu na helipadzie w Ghazni odbyło się uroczyste pożegnanie ciała amerykańskiego żołnierza, poległego kilka godzin wcześniej.

W incydencie „green on blue”, w sąsiedniej Paktice.

Strzelającym był funkcjonariusz afgańskich sił specjalnych, cieszących się największym zaufaniem; sam będący od czterech lat w służbie.

To już kolejna tego typu historia w ostatnim czasie, stąd zapewne krytyczne opinie na temat pomysłu zakwaterowania w bazie Ghazni zwykłych oddziałów afgańskiej armii.

Być może to tylko plotka, niemniej obawy są realne.

- Jeśli oni tu wejdą, trza będzie się na noc barykadować w bichatach – śmieje się jeden z żołnierzy, choć ów śmiech wcale nie oznacza lekkiego podejścia do tematu.

PS. W opisanym incydencie ranny został kolejny Amerykanin. On również – niestety – zmarł.

Wczorajsze pożegnanie Amerykanina/fot. Marek Pawlak

Wczorajsze pożegnanie Amerykanina/fot. Marek Pawlak

Zielony Diabeł wraca do domu…

36 komentarzy | 13 października 2013
Maskotka na Rosomaku zabezpieczenia medycznego Zgrupowania Bojowego Charlie.

Maskotka na Rosomaku zabezpieczenia medycznego Zgrupowania Bojowego Charlie.

Co prawda Diabeł w większości przypadków już dawno nie jest zielony – a piaskowy – ale nadana Rosomakowi przez Afgańczyków nazwa, przyjęta także przez Amerykanów, pozostała.

W 2007 roku ich pojawienie się „na teatrze” – jak o terenie działań zbrojnych mówią wojskowi – diametralnie zmieniło sytuację polskich żołnierzy. Pancerz, ale przede wszystkim siła i celność 30-milimetrowej armaty, budziły – do dziś zresztą budzą – zrozumiały respekt wśród rebeliantów. I choć popularne rośki okazały się nie być niezniszczalne, wciąż cieszą się żołnierskim zaufaniem.

Wiosną tego roku – na skutek redukcji kontyngentu i zmianie charakteru działań – zaczęło się stopniowe wycofywanie Rosomaków do kraju. Dziś miażdżąca większość używanych przez Polaków pojazdów to amerykańskie MRAP-y.

Co nie zmienia faktu, że rosiek już na zawsze pozostanie symbolem polskiego zaangażowania w Afganistanie.

002

005

004

006

Ostatni papieros przed wyjazdem/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski

Ostatni papieros przed wyjazdem na patrol. Prezentowane zdjęcia powstały w ciągu ostatnich kilku dni/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski

Ci za murem

9 komentarzy | 12 października 2013

001

My, Polacy, poruszamy się w opancerzonych wozach. Opuszczając je, mamy na sobie kamizelki kuloodporne i hełmy. Świat poza bazą jawni nam się jako niebezpieczny, wręcz wrogi. Nawet w dzieciach widzimy potencjalne zagrożenie, bo mogą nieść w plecaku bombę, a w najlepszym razie obrzucić nas kamieniami.

Nakręcając się w tej nieufności, nie mamy szansy poznać ludzi żyjących za murem. I tak już pozostanie.

„Fotografuj, ile się da i opisuj nie tylko wojsko, ale przede wszystkim Afganistan, ludzi, codzienne życie” – napisał mi znajomy producent telewizyjny i dokumentalista. „(…)  Sorki Marcin, ale wojna zawsze jest (nawet w najprostszych obrazkach) atrakcyjna. Szczególnie daleka i nawet w mundurach czy oprzyrządowaniu ‘folklorystyczna’. A jak pokazać to, co Afgańczycy mają w głowach? Oprócz prostych zdjęć kobiet w burkach?”.

Może pokazując ich twarze i oczy?

002

003

004

005

006

007

Fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski

Szansa…

10 komentarzy | 11 października 2013
Bohater (bohaterka?) tej opowieści/fot. Marcin Ogdowski

Bohater (bohaterka?) tej opowieści/fot. Marcin Ogdowski

- Poczekajcie, poczekajcie! Dajcie mu szansę! – gdy usłyszałem te słowa, poczułem ulgę. Zaraz potem powietrze przeszył huk wystrzału i wyraźnie przestraszony pies przyspieszył, odbiegając od wypełnionego materiałami wybuchowymi dołka.

Chwilę wcześniej patrol saperski szykował się do odliczania, po którym miała nastąpić kontrolowana detonacja, niszcząca znalezione elementy IED. Nie wiem, kto pierwszy dostrzegł kręcącego się w oddali zwierzaka, w każdym razie oczyma wyobraźni widziałem już jego okropną śmierć. Na szczęście bezpański czworonóg – popędzony przez ganera – uciekł na tyle daleko, że wybuch nie wyrządził mu krzywdy.

Świadkiem tej sytuacji byłem kilka dni temu – przypomniałem ją sobie dziś w nocy, gdy walcząc z bezsennością, sięgnąłem po przywiezioną z kraju książkę. „Pacyfik. Starcie mocarstw” Douglasa Forda to opasłe tomisko – pewnie nie skończę go czytać przed powrotem do domu.

Ale mniejsza o to – nim zabrałem się za lekturę, zerknąłem na skrzydełko okładki. I znalazłem tam taki fragment:

„(…) Sondaż przeprowadzony w amerykańskim wojsku w 1943 roku wykazał, iż połowa żołnierzy była zdania, że aby doprowadzić do pokoju, należy wybić Japończyków do nogi. Amerykanie służący na pacyficznym teatrze działań często porównywali zabijanie wrogich żołnierzy do eksterminacji wyjątkowo dokuczliwych szkodników (…)”.

To między innymi dlatego amerykańsko-japońska starcie zyskało miano najbrutalniejszych walk II wojny światowej.

Mięło 70 lat. Wojna nadal przybiera okrutne postacie, ale mimo wszystko nieuchronnie się humanizuje. Czego historia z psiakiem maleńkim dowodem.