Rejestracja | Logowanie »


Kto będzie mógł wejść na Balice

519 komentarzy | 13 października 2009

Pytaliście mnie w komentarzach, czy to prawda, że rodziny nie zostaną wpuszczone na płytę lotniska w Balicach, by móc przywitać wracających z Afganistanu żołnierzy. Oto, co ustaliłem.

„Z naszej strony nie ma żadnych przeciwskazań, by rodziny żołnierzy uczestniczyły w ich powitaniu. Warunkiem jest wypełnienie wszystkich procedur bezpieczeństwa, związanych z wejściem na płytę lotniska”

– pisze mi Justyna Zajączkowska, rzeczniczka prasowa Międzynarodowego Portu Lotniczego Kraków-Balice.

I tu jest pies pogrzebany. Na lotnisku w Balicach obowiązują międzynarodowe przepisy, zgodnie z którymi wejście na płytę traktowane jest tak samo, jak odprawa przed wylotem. Musi zatem istnieć lista „odprawianych” osób, konieczna jest też kontrola osobista. Tymczasem w miejscu, o którym mówimy, jest tylko jedna bramka. „Odprawienie” kilkuset osób zajęłoby co najmniej kilka godzin.

6. Brygada Desantowo-Szturmowa, która organizuje powitania, postanowiła rozwiązać sprawę tak: rodziny, które przyjadą przywitać żołnierzy z najbliższych transportów, na płytę nie wejdą. Wojsko zorganizuje im poczekalnię i poczęstunek w klubie na lotnisku. I tam będą mogli spotkać się z wracającymi. Oficjalne imprezy powitalne odbędą się już w garnizonach.

Inaczej wygląda sprawa z ostatnim przylotem, po którym – jeszcze na płycie – odbędzie się oficjalne powitanie z udziałem szefa MON. Rodziny 200 żołnierzy, którzy wówczas wrócą do kraju, zostaną (albo już zostały) poinformowane o możliwości wzięcia udziału w ceremonii. Chętni zostaną wpisani na listę, w oparciu o którą będą wpuszczani do autokaru kursującego na płytę.

fot. Marcin Ogdowski

Lotnisko w Balicach/fot. Marcin Ogdowski

Pożegnanie saperów

136 komentarzy | 10 października 2009

001

002

003

004

005

006

fot. PIO Afganistan

Tak wyglądało pożegnanie Szymona Graczyka i Radosława Szyszkiewicza w Ghazni/fot. PIO Afganistan

Pozwólcie pożegnać kolegów!

127 komentarzy | 09 października 2009

Zwykle takich rzeczy nie robię, ale sytuacja zwykła nie jest. Oto treść listu, który otrzymałem od jednej z użytkowniczek bloga:

„Chłopcy w Worrior się załamali – zginęło dwóch ich kolegów. A najgorsze jest to, że nie mogą polecieć na ich pożegnanie, bo nikt im nie chce zorganizować transportu. (…).

To wstyd, że nikt nie chce im tego dać, pozwolić pożegnać kolegów. Mój żołnierz prosił mnie o pomoc. A ja nie wiem, jak mu pomoc :( Ale pomyślałam o panu (…).

Oni tam nie bardzo mają co zrobić, sam pan wie, o co mi chodzi – nie wolno im marudzić, itd. Ale czy nie dałoby się im jakoś pomóc, “nacisnąć” gdzieś, żeby dali im ten transport, pozwolili pożegnać kolegów? (…)”.

Wiem, że tego bloga czytają urzędnicy MON i wyżsi oficerowie naszej armii. Zatem naciskam – jak mogę i potrafię.

Żołnierze mają prawo pożegnać kolegę. Nz. pożegnanie poległego we wrześniu Macina Poręby. Również sapera.../fot. Marcin Ogdowski

Żołnierze mają prawo pożegnać kolegę. Nz. pożegnanie poległego we wrześniu Macina Poręby. Również sapera.../fot. Marcin Ogdowski

Nie łammy zasad!

107 komentarzy | 09 października 2009

Dziś znów doszło w Afganistanie do tragedii – dwóch Polaków zginęło, czterech zostało rannych, w tym jeden ciężko.

Ta informacja dość szybko dotarła do dziennikarzy w Polsce, o sprawie wiedziały również rodziny żołnierzy. Niestety, bardzo długo wśród niech nie było najbliższych poległych…

Na tym blogu pisałem już o konieczności utrzymywania embarga na informacje o śmierci żołnierzy. By nie było tak, że najbliżsi dowiedzą się o wszystkim z mediów. Ten blog to również medium. Cieszy mnie ogromnie, że traktujecie go jak własny, ale błagam – przestrzegajmy zasad.

Wczesnym wieczorem pod ostatnim z tekstów pojawił się komentarz, który wprost sugerował, że w Afganistanie doszło do tragedii. Musiałem go usunąć.

Ufam, że rozumiecie moją decyzję.

PS. Wiem, że w tej chwili ten blog czyta wielu stacjonujących w Afganistanie żołnierzy. Chłopaki, trzymajcie się!

Szymon Graczyk, jeden z poległych saperów/fot. Robert Suchy

Szymon Graczyk, jeden z poległych saperów/fot. Robert Suchy

Zdani na amerykańską łaskę?

59 komentarzy | 08 października 2009

“Czy udało się wyjaśnić, dlaczego amerykański MEDEVAC, który leciał do zaatakowanego pod Giro konwoju, wylądował nie tam gdzie trzeba?” – pyta mnie jeden z użytkowników bloga.

Niewtajemniczonym wyjaśnię – 4 września br. jechałem w kolumnie rosomaków, którą zaatakowano przy użyciu ajdika. W pierwszym z pojazdów śmierć poniósł plut. Marcin Poręba, a pięciu żołnierzy zostało rannych. Wezwany MEDAVAC, zamiast koło konwoju, wylądował ponad 2 km dalej, na helipadzie przy bazie Giro. Zorientowawszy się, Amerykanie wystartowali raz jeszcze i dotarli na właściwe miejsce.

Szczęściem w nieszczęściu, stan rannych nie wymagał pilnych interwencji, w czasie których liczy się każda sekunda. Ale mogło być inaczej…

Po fakcie zapewniano mnie, że Centrum Operacji Taktycznych w Giro dostało prawidłowe namiary od dowódcy konwoju – i takie dane przekazało do COT w Ghazni. Stamtąd współrzędne, w niezmienionej formie, trafiły do Amerykanów.

Wszystko więc wskazuje na to, że błąd popełniła załoga MEDEVAC-u – źle zapamiętując współrzędne albo zakładając, że skoro do ataku doszło tak blisko bazy, ranni zostali już do niej dowiezieni.

Czym kierowali się piloci? – nie wiem. Nie wiem też, czy ktoś ich upomniał. Ale gdy usiłowałem się dowiedzieć, usłyszałem, że nie mamy w Afganistanie własnego MEDEVAC-u, a Amerykanie postanowili nam w tej kwestii pomóc. Czytaj: jesteśmy zdani na ich łaskę, więc nie wypada, byśmy wytykali im błędy…

Już w Polsce próbowałem zasięgnąć języka, dlaczego nie mamy własnych śmigłowców ewakuacji medycznej. Słyszałem różne wyjaśnienia – od idiotycznych („MEDEVAC nie może być uzbrojony, a nikt w Polsce nie wyśle nieuzbrojonych helikopterów do Afganistanu” – sic!), po do bólu pragmatyczne (problem ze skompletowanie załóg, zwłaszcza personelu medycznego, no i jak zawsze – brak kasy).

W tej sprawie jedno jest pewne – w Afganistanie rosomaki w wersji medycznej problemu nie załatwią. Śmigłowce są szybsze, większe i bardziej komfortowe. Więc jeśli rzeczywiście nie stać nas na własne „śmigła”, musimy korzystać z usług Amerykanów.

Ale nie musimy dawać im do zrozumienia, że robią nam łaskę. Bo nie robią.

Dlaczego nie moglibyśmy wykorzystywać własnych śmigowców do misji MEDEVAC?/fot. Marcin Ogdowski

Czy naprawdę nie stać nas na wykorzystywanie własnych śmigłowców do misji MEDEVAC?/fot. Marcin Ogdowski