Rejestracja | Logowanie »


Dotarłem do Ghazni…

6 komentarzy | 26 września 2013
fot. Marcin Ogdowski

Towarzysząca "naszej" "siedemnastka"/fot. Marcin Ogdowski

… jak to zaplanowała Sekcja Zabezpieczenia Lotów – na pokładzie Mi-17.

- W razie ostrzału maszyny kładziemy się na podłodze – instruował nas jeden z członków załogi, zanim jeszcze wirniki zaczęły się kręcić. – Jeśli nie będzie miejsca, chowamy głowę między kolanami – dodał.

- Między czyimi kolanami? – niezbyt subtelny żołnierski dowcip wywołał uśmiechy na twarzach “paksów”, jak w tutejszej nomenklaturze określa się pasażerów.

Odpowiedzi nie uzyskaliśmy, po drodze zaś nie było potrzeby testowania takiego zachowania. Oba “śmigła” bez przeszkód dotarły do Gazowni, na koniec racząc nas efektownym widokiem wystrzelonych rac.

Co niezbyt udolnie starałem się zarejestrować…

fot. Marcin Ogdowski

Na żywo wygląda to bardziej efektownie.../fot. Marcin Ogdowski

Robota wre…

4 komentarze | 26 września 2013
Razem z towarzyszącym mi Marcinem zostaliśmy zaplanowani na jeden z lotów do Ghazni. SZL życzy na miłego lotu, co widać na załączonym zdjęciu. Wojna wojną, ale kultura musi być ;)/fot. Marcin Ogdowski

Razem z towarzyszącym mi Marcinem zostaliśmy zaplanowani na jeden z lotów do Ghazni. SZL życzy nam miłego lotu, co widać na załączonym zdjęciu. Wojna wojną, ale kultura musi być.../fot. Marcin Ogdowski

Jeśli ktoś sądzi, że 31 grudnia 2014 roku Zachód definitywnie opuści Afganistan, jest w błędzie. Co prawda w polskiej części bazy Bagram widać symptomy nadchodzącego końca misji. I tak kampowisko „Na Wspólnej” z wolna traci swój hotelowy charakter, zajmowane przez stałych rezydentów, a położone w centrum boisko do siatkówki zamieniono na parking. Od kwietnia przyszłego roku mocno ograniczony polski kontyngent będzie stacjonował już tylko w tym miejscu – stąd owe zmiany.

Jednak wystarczy wychylić głowę za szlaban „Białego Orła”, by dostrzec ekipy budowlane, rozbudowujące sieć wodno-kanalizacyjną. Spacer wzdłuż „Disney Drive”, głównej drogi w bazie, pozwala zobaczyć efekty ich wcześniejszych prac – wybetonowane rowy melioracyjne, które jeszcze w zeszłym roku miały mocno prowizoryczny charakter. Wciąż powstają nowe budynki, remontuje się stare – i nie mam na myśli wyłącznie blaszaków czy drewnianych baraków, a solidne murowane konstrukcje.

- Mają sukinsyny rozmach – skomentował owe widoki jeden z nowo przybyłych żołnierzy, gdy wczoraj jechaliśmy z lotniska do „Orła”. Ano mają. Amerykańscy administratorzy Bagram ani bowiem myślą o rychłym opuszczeniu bazy. BAF ma być jednym z tych kilku miejsc, gdzie będzie stacjonował kilkunastotysięczny kontyngent, który zastąpi siły ISAF. Będzie również domem dla całej armii kontraktorów, którzy pozostaną w Afganistanie. W całym kraju ma ich być ponad 100 tysięcy. To tyle, ile w czasach największego zaangażowania liczyły wszystkie zachodnie kontyngenty razem wzięte.

Co prawda kontraktorzy są tu obecni od lat, jednak ich wyraźna dominacja oznaczać będzie wojenny outsourcing na niespotykaną dotąd skalę.

W poczekalni

17 komentarzy | 25 września 2013
Póki nie ma czego fotografować, sam pcham się przed obiektyw. Na zdjęciu z wojenną wyprawką/fot. Marcin Wójcik

Póki nie ma czego fotografować, sam pcham się przed obiektyw. Na zdjęciu z wojenną wyprawką/fot. Marcin Wójcik

Wizyta w Bagram jest jak powrót na stare śmieci – pierwszy raz byłem tu niemal dziesięć lat temu, czuję się więc jak swojak. I wynajmuję na przewodnika dla chłopaków z przyszłej, XV zmiany, którzy przylecieli do Afganistanu na rekonesans (a wcześniej tu nie służyli).

Weterański wręcz status nie upoważnił mnie jednak do ominięcia szkolenia – takiego wojennego BHP, połączonego z informacjami na temat SERE, czyli procedury postępowania w przypadku uprowadzenia. Cóż, nie zamierzam dać się porwać rebeliantom, niemniej budująco brzmiało zapewnienie, że w razie czego cały ISAF (i nie tylko) zostanie postawiony na nogi, by mnie odnaleźć i odbić.

Rzecz jasna w Bagram włos mi z głowy nie spadnie – jedyne zagrożenie to wieczorne ostrzały, które zdarzają się tu co kilka dni. O czym również nas poinformowano.

A potem pobraliśmy sprzęt, który stanowi przepustkę do tutejszego świata – hełmy, kamizelki, pakiety medyczne, a mundurowi także broń. I to w zasadzie tyle z dzisiejszych atrakcji.

Mam nadzieję, że jutro opuszczę tę gigantyczną poczekalnię.

Rzecz o azersko-ukraińskim gajowym

7 komentarzy | 25 września 2013
Lot trwał 14 godzin. Z nudów wziąłem się za pracę/fot. Marcin Wójcik

Lot trwał 14 godzin. Z nudów wziąłem się za pracę/fot. Marcin Wójcik

No to jestem w Bagram :)

A teraz stosowne wyjaśnienia. Z poprzednim wpisem było tak – przygotowałem go sobie tuż przed wylotem, z założeniem, że w ostatniej chwili przed startem kliknę w ikonkę „publikuj”. Tak też zrobiłem – późnym wieczorem w poniedziałek. Tyle że kilka minut później jeden z członków załogi wojskowej Casy oznajmił:

- Jednak nie lecimy – i kazał nam – w sumie kilkunastu osobom – opuścić pokład.

Musiałem więc wpis w try-miga usuwać z emisji, by nie wyszło, że lecę, choć nie leciałem. Za zamieszanie wszystkich Czytelników przepraszam.

Wpis, w niezmienionej formie, ukazał się we wtorek. Tym razem znów zaryzykowałem i odpaliłem go tuż przed startem. Podejście numer dwa okazało się szczęśliwe :)

Tak, jak cała ta wyjazdowa epopeja. W zasadzie to już w miniony czwartek powinienem być w Afganistanie. Ale dzień przed zaplanowanym startem lot skasowano, przesuwając termin na początek tygodnia.

W poniedziałek okazało się, że są kłopoty. Trasę zaplanowano „na bogato” – przez Ankarę, Odessę i Baku. Niestety, najpierw Ukraińcy, a potem Azerowie (a może na odwrót; wersje co rusz się zmieniały), odmówili polskiej maszynie zgody na przelot. Tak doczekaliśmy wieczoru, wraz z którym przyszła nadzieja na start. To dlatego zapakowano nas do samolotu.

Jak już pisałem – na próżno. W efekcie bagaż spędził noc w Casie, ja w domowym łóżku.

- Czujesz się jak „Jarhead”? – spytała mnie żona, gdy przestąpiłem próg domu. Spojrzałem na nią, nie bardzo wiedząc, co niby ma mnie łączyć z żołnierzem piechoty morskiej. I dopiero po chwili dotarło do mnie, że filmowy marine przede wszystkim czekał – i do czekania sprowadził się jego udział w pierwszej wojnie w Zatoce. Uśmiechnąłem się i przytaknąłem, choć cała ta sytuacja bardziej kojarzyła mi się z dowcipem o partyzantach, Niemcach i gajowym.

Szedł on tak:

„Z pamiętnika partyzanta. Dzień pierwszy – pogoniliśmy Niemców z lasu. Dzień drugi – Niemcy pogonili nas z lasu. Dzień trzeci – w lesie pojawił się gajowy. Wyrzucił i nas, i Niemców”.

Wojna to poważna sprawa – bez dwóch zdań. Ta w Afganistanie również. Ale czasem, patrząc z boku, nie sposób się nie uśmiechnąć…

Mała wojna

8 komentarzy | 24 września 2013
No to zaczynamy.../fot. Marcin Ogdowski

No to zaczynamy.../fot. Marcin Ogdowski

Miałem 13 lat, gdy pierwszy raz założyłem na ręce bokserskie rękawice. Pamiętam, że były czerwone i wygodne – nie spodziewałem się, że rzecz służąca do lania po pysku może tak dobrze komponować się z ręką. Z tym większym entuzjazmem stanąłem na podwórkowym ringu, mając naprzeciwko Grześka. „Esiu” był dwa lata starszy, o głowę wyższy i miał też tę nieskrępowaną nonszalancję, typową dla dzieciaków z ulicy. Walnął mnie w łeb, nim zdołałem się zorientować, a zaraz potem dołożył centralnie w nos – aż polała się krew. Byłem w szoku – nie tyle z powodu farby, ile nabytego właśnie przekonania, że rękawice mogą sprawić taki ból.

Potem jeszcze kilka razy próbowałem swoich sił z Grześkiem, marząc o wolcie w stylu Rocky’ego. Co nie zmieniało faktu, że stawałem na wyklepanym piachu pełen mieszanych uczuć. Nie znosiłem tego, bałem się, a jednocześnie czułem jakiś rodzaj radosnego podniecenia, gdy znad rękawic przyglądałem się przeciwnikowi.

„Dobrze, że wojny są w naszych oczach tak straszne, bo inaczej byśmy je polubili” – mawiał słynny amerykański generał Robert E. Lee. Stary wyga miał rację. Cytuję go, w kontekście młodzieńczych wspomnień, bo jak ulał pasuje to do stanu ducha, w którym obecnie jestem. Lecąc gdzieś wysoko w chmurach.

Znów do Afganistanu.

PS. Leci ze mną Marcin Wójcik – jego świetne ilustracje mieliście już okazję oglądać na tym blogu. Niezależnie od fotografii, które zawisną na zAfganistanu.pl, Marcin będzie również publikował zdjęcia na swoim fotoblogu Wojnografia.pl. Zaglądajcie koniecznie i tam!