Rejestracja | Logowanie »


“Polski Afganistan”

21 października 2014
Gdzieś między Polską a Afganistanem, pokład samolotu CASA, wrzesień 2013 r. To jedna z wystawowych fotografii, autorstwa Marcina Wójcika.

Gdzieś między Polską a Afganistanem, pokład samolotu CASA, wrzesień 2013 r. To jedna z wystawowych fotografii, autorstwa Marcina Wójcika.

Moi Drodzy, razem z Marcinem Wójcikiem – z którym miałem okazję pracować w Afganistanie – przygotowujemy wystawę pt.: „Polski Afganistan”, nad którą honorowy patronat objął wicepremier i szef MON Tomasz Siemoniak. Czterdzieści naszych zdjęć – ilustrujących służbę polskich żołnierzy pod Hindukuszem – będzie można zobaczyć w krakowskiej galerii Pauza od 27 listopada br. Później wystawa „pójdzie w Polskę”.

27 listopada ukaże się również nasz wspólny album o tym samym tytule – a w nim 111 fotografii. Jesteście moimi najwierniejszymi czytelnikami, zatem to pośród Was rozlosuję trzy sztuki „Polskiego Afganistanu” zaraz po tym, gdy dotrą do mnie autorskie egzemplarze.

Aby wziąć udział w konkursie wystarczy napisać w komentarzu, czym dla Was był „polski Afganistan” – misja, która za kilka tygodni dobiegnie końca. Na zachętę fragment albumu z wyjaśnieniem, czym był „mój Afganistan”:

W Toruniu – skąd pochodzę – kradzież owoców z obcego ogrodu nazywano „chodzeniem na pachtę”. Przy czym mowa tu o gówniarskich eskapadach, w których nie szło o zaspokojenie głodu czy – nie daj boże – zysk, lecz o danie upustu łobuzerskim instynktom. „Zerwę i zjem, bo mogę” – ot co. Któregoś razu – a był to schyłek „komuny”, miałem więc 11-12 lat – wraz z kilkoma kumplami wybrałem się na „pachtę” na ogródki działkowe nad Wisłą. I pech chciał, że trafiliśmy na właściciela, któremu najwyraźniej już wcześniej podobne złodziejaszki dały się we znaki. Facet bowiem przywitał nas wiatrówką. I zaczął z niej strzelać…

Celował pewnie gdzieś nad nami, co nie zmienia faktu, że wialiśmy co sił w nogach. Kanadyjski sprinter Ben Johnson – który wówczas święcił swoje triumfy – miałby nie lada kłopot, by dotrzymać nam tempa. A co dopiero starszy pan z flintą w rękach?

Udało się – nikt nie oberwał, nikt nie dał się złapać. A ja do dziś pamiętam tamte emocje i reakcje ciała – walące serce, pulsujące skronie, płytki, szalony oddech. I usta, które mimowolnie składały się w zuchwałym uśmiechu. Nie byłem jedyny, więc gdy tylko nasz przystanek okazał się bezpiecznym miejscem, rechotaliśmy wszyscy jak opętani…

*          *          *

Kilka lat później, już w szkole średniej, przyglądałem się zbiórce żołnierzy rezerwy, którzy za chwilę mieli wyjeżdżać na nocne strzelanie. Mieszkając przy poligonie byłem z wojskiem obyty, oglądałem je w różnych sytuacjach, ta jednak była wyjątkowa. Nigdy dotąd nie widziałem tylu facetów w przyciasnych mundurkach, poruszających się niczym muchy w smole, beztrosko wymachujących kałachami. Szczerze mówiąc, były to łajzy przedniej klasy, przy których Szwejk uchodziłby za wzór wojskowych cnót.

– I nie spać, kurwa, gdzie popadnie! – darł się jakiś podoficer, nie wywołując jednak zbyt wielkiego zainteresowania na twarzach podwładnych. – Goździk, palanty, się po was przejedzie i chuj z was nawet nie zostanie!

Pod niepozorną, kwiecistą nazwą kryła się potężna samobieżna haubica, która pechowemu śpiochowi zapewne zafundowałaby śmierć w straszliwych mękach. Mimo to z żołnierskich gardeł wyrwał się chóralny śmiech, którego kolejna salwa zwieńczyła tę krótką wymianę zdań:

– A jak, kurwa, znów któryś wóz zgubi armatę…! – zasyczał podoficer, mając na myśli holowane przez ciężarówki działa D-44.

– Nikt przecież nie zgubił, sama się odczepiła! – zaprotestował któryś z rezerwistów.

Wtedy i ja nie wytrzymałem – parsknąłem śmiechem.

Tak, to była kwintesencja wojskowego absurdu. Za coś takiego można armię nienawidzić. Albo pokochać.

*          *          *

Miałem 13 lat, gdy pierwszy raz założyłem na ręce bokserskie rękawice. Pamiętam, że były czerwone i wygodne – nie spodziewałem się, że rzecz służąca do lania po pysku może tak dobrze komponować się z ręką. Z tym większym entuzjazmem stanąłem na podwórkowym ringu, mając naprzeciwko Grześka.

„Esiu” był dwa lata starszy, o głowę wyższy i miał też tę nieskrępowaną nonszalancję, typową dla dzieciaków z ulicy. Walnął mnie w łeb, nim zdołałem się zorientować, a zaraz potem dołożył centralnie w nos – aż polała się krew. Byłem w szoku – nie tyle z powodu „farby”, ile nabytego właśnie przekonania, że rękawice mogą sprawić taki ból.

Potem jeszcze kilka razy próbowałem swoich sił z Grześkiem, marząc o wolcie w stylu Rocky’ego. Stawałem jednak na wyklepanym piachu pełen mieszanych uczuć. Nie znosiłem tego, bałem się, a jednocześnie czułem jakiś rodzaj radosnego podniecenia, gdy znad rękawic przyglądałem się przeciwnikowi.

I tak właśnie było z tym „moim Afganistanem”. Nie znosiłem go i bałem się (jak diabli), a jednocześnie roznosiło mnie radosne podniecenie za każdym razem, gdy wsiadałem do samolotu. Latałem tam, bo kocham wojsko i jego słynny brak logiki. Latałem, bo uwielbiam tę zuchwałą świadomość, że „znowu się udało”.

„Dobrze, że wojny są tak straszne, bo inaczej byśmy je polubili” – mawiał słynny amerykański generał Robert E. Lee. Stary wyga miał rację.





9 komentarzy do ““Polski Afganistan””

  1. Czym była Polska misja w Afganie dla mnie? Hmmmm. Trochę nauczycielem, trochę przestrogą, trochę ciekawostką, a trochę no właśnie, ujmę chyba tak, że zobrazowaniem całej polityki tego świata i tego wokół czego tak naprawdę ten świat się kręci.
    Pamiętam, że od samego początku mojego zainteresowania wojskiem towarzyszył mi Afgan. Nie jestem z rodziny, która ma tradycje wojskowe. Nie mieszkam nawet w rejonie w którym wojsko to codzienność. Moim pierwszym spotkaniem z militariami była książka, pożyczona mi przez wujka. Tematyka zupełnie inna niż Afganistan, lecz jednak gdzieś tam się przewijał. Od tej książki się zaczęło, a zaczęło się jakieś 4 lata temu. A więc misja w Afganie hulała w najlepsze.
    Leci nam trzecie tysiąclecie, rok obecny 2014, ostatnia większa wojna zakończyła się 69 lat temu. Skąd więc młody chłopak w wieku lat 14, pochodzący z rodziny niewojskowej, ma wiedzieć czym jest wojna? Skąd ma czerpać o niej wiedzę? Ano na chwilę obecną Afgan. W sumie, czego bym nie próbował się dowiedzieć, przewijał się Afganistan. Kiedy dowiedziałem się czyja to tak naprawdę wojna i jak wygląda ta misja, przestałem ją popierać. Zaczęło mnie jednak zastanawiać dlaczego ta wojna się tam toczy skoro pani na religii uczyła, że Bóg chce pokoju. Tak, to właśnie przez Afganistan zacząłem zastanawiać się nad ludzkimi motywami. Nad tym dlaczego ludzie postępują tak, a nie inaczej. W tym sensie był dla mnie nauczycielem.
    Przestrogą. Cóż tu odpowiedź o wiele prostsza. Zobaczyłem, czym są Stany Zjednoczone, zobaczyłem jak jest prowadzona ta wojna i jakie to przynosi skutki. Ano widać niestety jakie, w Ghazni bojownicy powoli przejmują kontrolę (nic nie mam do naszych chłopaków, bo odwalili kawał dobrej roboty. To jankesi zlamili). Chyba nikt nie lubi jak mu 67 ton samobieżnej demokracji puka do drzwi. Chyba nikt nie lubi kiedy celuje do niego i jego rodziny 10 luf karabinów i działko transportera opancerzonego. Chyba nikt nie lubi kiedy traktuje się go jako kogoś niższego rangą.
    Ciekawostką? No cóż. Sprzęt, żołnierze, taktyka i operacje. Może i małą mam kolekcję książek o tej tematyce, ale jednak bogatą w ciekawe pozycje.
    Zobrazowaniem całej polityki świata i tego wokół czego się naprawdę kręci. No cóż, nóż sam mi się w kieszeni otwiera, kiedy śmierć żołnierza jest wykorzystywana do prowadzenia własnej polityki. Kiedy wojna jest wykorzystywana do oczerniania, rządu. Kiedy polityk który za swojej kadencji nas tam wysłał, teraz domaga się wycofania wojsk z Afganu i wykorzystuje tą wojnę przeciw władzy.
    Na koniec dodam, że polska misja w Afganistanie, pokazała mi jak wygląda polska armia. Jacy ludzie w niej służą i co się w niej wyczynia. (mowa tu o plecakach, oficerkach, jenerałach i całej reszcie, chołoty. Bo przecież nie wszyscy żołnierze tacy są :D :D ). Pozdrawiam :D


  2. Ccassiumm, Tori, Ineska, Sako, Cichy i cała reszta – czekam! :)


  3. no to myślimy…


  4. Jednostka Wojskowa , którą dowodził starszy syn otrzymała w 2009 r. zadanie uzupełnienia VI Zmiany. Decyzja syna mogła być tylko jedna – jadę z moimi Żołnierzami. Mąż, były misjonarz, tylko się uśmiechnął a we mnie serce zamarło… Pamiętałam przecież rok 2002, kiedy to kolega syna (słynny z expose pani premier Ewy Kopacz ), Leszek, wszedł na minę przeciwpiechotną…
    Pierwszy klik na wujku Google wyrzucił tylko zAfganistanu.pl – weszłam… zostałam do dziś.
    Najbardziej obawiałam się tęsknoty znanej mi z misji syryjskiej i tak było w rzeczywistości.
    Tak powstał mój wątek „Tęsknię” zaczynający się prośbą : „Napisz proszę chociaż krótki list…”
    Społeczność Forum przyjęła mnie życzliwie i przyszedł czas na „udzielanie się” i na Blogu, i na Forum.
    Napisałam wiele wspierając polskich Żołnierzy i dużo więcej wspierając oczekujące Kobiety na mężów, synów, narzeczonych etc.
    Warto zacytować jeden z pierwszych moich postów z dnia 16.X.2009 r. bo z perspektywy czasu nadal istotnym jest pytanie „o co walczyliśmy/o co walczymy”:
    „Zgodnie z Racją Stanu eksponowaną przez ministra K. rezygnacja z misji przed osiągnięciem celu jest nie do pomyślenia? Trzeba, więc po prostu brnąć dalej?
    W Afganistanie nie wystarczy sobie powiedzieć, że jesteśmy tutaj, bo jesteśmy tutaj. Ponosimy tak wysokie koszty ludzkie i finansowe, że nie wolno nam przestać myśleć i zadawać pytań.
    Pierwsze z nich brzmi, czy tę wojnę można wygrać?
    Od odpowiedzi na to pytanie zależą odpowiedzi na wszystkie inne.
    Natychmiast jednak rodzi się kwestia, jak zdefiniować sukces. O co walczymy?
    Czy wystarczy zagwarantować, że Afganistan nie stanie się bazą dla terrorystów, jaką był w przeszłości, czy też jest to zbyt skromny cel?
    Czy byłoby zdradą, gdybyśmy zostawili naród afgański z rządem represjonującym własne społeczeństwo?
    Czy poza zapobieganiem terroryzmowi i być może zaprowadzeniem jakiejś formy ustroju przedstawicielskiego mamy jeszcze jakieś inne cele?
    Na przykład co z likwidacją, a przynajmniej zmniejszeniem handlu narkotykami?
    Decyzja o tym, czy powinniśmy zostać w Afganistanie, i jaką formę ma przybrać nasza interwencja, zależy od tego, jak szeroko zdefiniujemy misję.
    Taka definicja jest pilnie potrzebna.
    A co dalej z rządem Kurzaja?
    A co z trudną kwestią Talibów.
    Czy należy podjąć próbę ich spacyfikowania poprzez dokooptowanie ich do władzy, czy też byłaby to forma porażki?
    Wiele zależy od trafnej oceny ich siły.
    Kiedy już zdecydujemy, jakie są nasze cele w tym konflikcie i jakimi metodami chcemy je realizować, pozostaną pytania o środki, jakie gotowi jesteśmy przeznaczyć na tę wojnę, oraz o zakres naszego zaangażowania politycznego.
    Najważniejsze pytanie z tej pierwszej grupy dotyczy liczby żołnierzy.
    Czy prawdziwa jest słyszana tu i ówdzie, ale chyba sprzeczna z intuicją teza, że im więcej wyślemy żołnierzy, tym mniej ich zginie?
    Poza tym NIE WOLNO wysyłać wojskowych na wojnę, nie zapewniając im odpowiedniego sprzętu!
    Pytanie strategiczne: żołnierze wylatują w powietrze na minach-pułapkach, bo mamy za mało helikopterów.
    Ilu żołnierzy i ile helikopterów wystarczy?
    I czy ta “wystarczająca liczba” jest realna?
    Pozostaje kwestia polityczna!
    We wszystkich krajach uczestniczących w wojnie afgańskiej narasta sprzeciw wobec niej.
    Co będzie jak wojna zostanie przegrana na froncie krajowym?
    Jaki jest cel tej wojny?
    Czy można ją wygrać?
    Ilu potrzeba na nią żołnierzy?
    Kto zna odpowiedź?
    Nikt nie zna odpowiedzi.”
    Dzisiaj znamy odpowiedź na większość wątpliwości!

    Wracając do meritum – dopiero w bieżącym roku syn mimochodem stwierdził: „moja misja nie była ani bezpieczna, ani taka spokojna jak ją rysowałem w przekazach. Dobrze, że nie wiedziałaś – przynajmniej nie posiwiałaś a i zdrowie psychiczne zbyt mocno nie ucierpiało!
    Moje zdrowie psychiczne ucierpiało natomiast w XII zmianie. Młodszy syn tak przed wyjazdem zabajerował, że nawet Golan nie podejrzewał, co synalek wymyślił. A syn doskonale wyszkolony przez specjalistów z USArmy z dużym bagażem kosovskich doświadczeń działał „w pierwszym rzucie Alfy”. Spokorniał raz „nad Wadi” jak chłopaki dostali ogień od czoła a on i jego pododdział dostał ogień w plecy! Powiedział Golanowi, że teraz rozumie co oznacza przewaga 3 : 1 (atakujących w stosunku do obrony). A ja? Po prostu bałam się jak cholera!. Bałam się intuicyjnie bo syn nadal ściemniał, a ja wiedziałam z przekazów medialnych co robi. I nawet na kilku zdjęciach w artykułach z Afganistanu poznałam syna mimo twarzy ukrytej w kominiarce!
    Reasumując.
    W VI Zmianie Afganistan był dla mnie niekończącą się tęsknotą , potyczkami z trollami i wspieraniem czekających Kobiet.
    W Zmianie XII Afganistan był dla mnie potężnym stresem, wspieraniem Kobiet i utarczkami z jadzicą dmuszka. Świadomość, że syn codziennie realizując zadanie balansuje na cienkiej linie nie była komfortowa.
    Dzisiaj jestem szczęśliwa z jednego powodu – Afganistan nie wyrządził krzywdy moim synom. Nawet kontuzja, której nabawił się syn młodszy na zaśnieżonej grani dała się zaleczyć!
    Panie Marcinie.
    Napisałam, że jest pan pionierem polskiego Bloga Wojennego. Podtrzymuję, że złotymi zgłoskami zapisał się Pan w dokonaniach polskiego dziennikarstwa. Dzisiaj dopowiem, że wdzięczność dla Pańskiej osoby, dla Pana dokonań ze strony Kobiet – Serc Afganistanu, których setki tysiące przewinęło się przez Blog i Forum jest dozgonna i nie do oszacowania.
    Moim marzeniem jest ZLOT np. w Warszawie, w Sali Kongresowej i możliwość wręczenia Panu godnego upominku od Serc Afganistanu.
    Z wyrazami szacunku
    casium


  5. Gdy wrócę do Polski napisze jak ja widzę i widziałem Poski Afganistan. A mam co pisać.
    Pozdrawiam cichy


  6. Ja jak tylko znajdę chwilke to tez tu napiszę….


  7. Polski Afganistan? “Kto był, ten wie. Kto nie był, nie zrozumie”. I tyle w temacie.


  8. Cichutki01 i ccassiumm7 – proszę o kontakt na maila: marcin.ogdowski@firma.interia.pl
    Musimy ustalić szczegóły przekazania nagród :)
    Gratuluję!


  9. @8 – …………….> @
    Pozdrawiam